To takie życiowe!

Na najlepszej specjalności na najlepszej Elektronice w kraju, jak do znudzenia powtarza szef naszej katedry, uczę się, że szefowie katedr kłamią.

Uwaga dla przypadkowych czytelników: wpis pochodzi z 2013 roku, kiedy sprawdziłem już czy kariera programisty mnie nie ciągnie i mogłem sobie pozwolić na rzucenie studiów.

Wtorek. Dostaję ostatni wpis i mogę złożyć indeks w dziekanacie. Na dworze jest tak ładnie, a ja mam tyle wolnego czasu… Do zdobycia różnych fajnych literek przed nazwiskiem została mi tylko praca dyplomowa i seminarium magisterskie, które i tak jest fikcją. To dobry moment na podsumowanie czterech i pół roku studiów.

To takie życiowe!

Na najlepszej specjalności na najlepszej Elektronice w kraju, jak do znudzenia powtarza szef naszej katedry, uczę się, że szefowie katedr kłamią. A poza tym tego, że czas jest względny, prowadzący projekt chętnie pochwali przed swoimi kolegami nasz projekt semestralny, który zrobiliśmy w kilka godzin, a sens istnienia większości kursów jest nadal obiektem dociekań badaczy.

zagadka

Panie profesorze, ale tak właściwie, to gdzie się z tego korzysta? – pyta kolega z grupy. Jak to gdzie? W życiu!. Prośba o podanie życiowego zastosowania omawianych wzorów zostaje skwitowana krótkim: w wielu miejscach… no, na przykład… w zadaniu projektowym!.

No tak, to takie życiowe. Inna sprawa, że pytanie dotyczyło rozpoznawania obrazów, które jednak kilka zastosowań ma.

Najlepsi studenci?

No, chyba, że prowadzący zakłada, że całe życie będziemy poprawiać projekt, z którego ocena zależy od rzutu kością do gry. Dosłownie. Jeden z wykładowców zaproponował, że ocena będzie sumą dwóch rzutów podzieloną na dwa. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że uczelnia, której studenci na to poszli może zostać uznana za najlepszą. I nie, taki układ wcale nie oznacza, że tyle samo osób dostanie 3,5 i 5.

Kursy polegające na mierzeniu suwmiarką metalowego trójkąta (sześćset razy) w celu sprawdzenia jak bardzo się mylimy w pomiarach, trzygodzinne patrzenie na piec albo wprowadzenie do Matlaba na piątym roku też trudno nazwać inaczej niż marnowaniem czasu.

Dobre chociaż to, że nikt z grupy nie wymyślił e-maila grupowego!

Dowiaduję się za to, że najlepszym sposobem na pisanie programu w czteroosobowej grupie jest przesyłanie go e-mailem. Użycie Gita to grzech. Oczywiście nikt nie uczy zarządzania, kierowania grupą, wystąpień publicznych i podobnych bzdur. W związku z tym podział pracy jest następujący: czterech programistów.

xD

Wiem, że…

Oczywiście, przez te parę lat dowiaduję się o istnieniu takich rzeczy jak rachunek lambda, tunelowanie, najgorszy możliwy przypadek albo linia długa, ale to wiedza wystarczająca do stwierdzenia, że tak naprawdę gówno o nich wiem. W każdym razie będę o tym pamiętał i doczytam, kiedy będę ich potrzebował. I to chyba najważniejsza rzecz poznana na studiach: świadomość własnej niewiedzy.

Kiedy chciałem studiować informatykę starsi znajomi odradzali mi to, sugerując automatykę albo elektronikę. Argumentem miały być szersze perspektywy. Wygląda na to, że mieli rację. Teraz nie wiem jeszcze więcej niż gdybym kończył informatykę!

Jasne, nie nauczyłem się programować tak jak studenci informatyki, a bazy danych to tylko jeden projekt na dziewiątym semestrze (WTF?), ale studia i tak w żadnym stopniu nie przygotowują do pracy, więc wszystkich tych technologii trzeba się uczyć na własną rękę.

Czas jest względny

Uczę się za to, że można napisać program rozwiązujący problem optymalizacji przy użyciu simpleksów nawet jeśli znaczenie słowa simpleks poznaję tydzień po terminie oddania projektu.

mózg rozjebany

Na marginesie porada dla przyszłych pokoleń: od razu bierzcie się za książki po angielsku. Istnieje duża szansa, że pisał je ktoś, dla kogo nie jest to język natywny, więc będzie używał prostych słów. Polskim naukowcom wydaje się natomiast, że jeśli napiszą coś w zbyt prosty sposób, to ludzie pomyślą, że to łatwizna, a oni nie zasłużyli na habilitację.

To logiczne. Przecież dwugodzinne wyprowadzanie wzoru na średnią ważoną brzmi tak mądrze…

Muszę tu dodać, że w napisaniu programu do simpleksów pomógł czas, który na uczelni płynie w dość specyficzny sposób.

Deadline? A co to?

Przekonaj się, że po studiach jest jeszcze zabawniej!

Tu, w przeciwieństwie do pracy, nie ma czegoś takiego jak deadline. Termin oddania jednego projektu przesunąłem z początku czerwca na połowę października. W tym czasie założenia projektowe zmieniły się jakieś cztery tysiące razy. Wyobrażacie sobie coś takiego w pracy?

Szefie, nie zrobiłem layoutu, bo musiałem pilnie wyjechać na wakacje. Mogę go oddać gdzieś tak w lipcu?. Jasne, trochę przesuniemy termin. Tylko wiesz co, zrób tekst Comic Sansem i na czerwono, bo tak właśnie wymyśliłem.

Hmmm, a może jednak uczelnia ma coś wspólnego z życiem?