Na najlepszej specjalności na najlepszej Elektronice w kraju, jak do znudzenia powtarza szef naszej katedry, uczę się, że szefowie katedr kłamią.

Uwaga dla przypadkowych czytelników: autor nie pracuje jako programista ani elektronik i mógł sobie pozwolić na rzucenie studiów.

Wtorek. Dostaję ostatni wpis i mogę złożyć indeks w dziekanacie. Na dworze jest tak ładnie, a ja mam tyle wolnego czasu… Do zdobycia różnych fajnych literek przed nazwiskiem została mi tylko praca dyplomowa i seminarium magisterskie, które i tak jest fikcją. To dobry moment na podsumowanie czterech i pół roku studiów.

To takie życiowe!

Na najlepszej specjalności na najlepszej Elektronice w kraju, jak do znudzenia powtarza szef naszej katedry, uczę się, że szefowie katedr kłamią. A poza tym tego, że czas jest względny, prowadzący projekt chętnie pochwali się przed kolegami zadaniem zrobionym w kilka godzin, a sens istnienia większości kursów jest równie zagadkowy jak pomysł wprowadzenia prezentów na sympatia.pl GoldenLine (kiedy ocena fotek?).

Panie profesorze, ale tak właściwie, to gdzie się z tego korzysta? – pyta kolega z grupy. Jak to gdzie? W życiu!. Prośba o podanie życiowego zastosowania omawianych wzorów zostaje skwitowana krótkim: w wielu miejscach… no, na przykład… w zadaniu projektowym!.

No tak, to takie życiowe. Inna sprawa, że pytanie dotyczyło rozpoznawania obrazów, które jednak kilka zastosowań ma, prawda?

Najlepsi studenci?

No, chyba, że prowadzący zakłada, że całe życie będziemy poprawiać projekt, z którego ocena zależy od rzutu kością do gry. Dosłownie. Jeden z wykładowców zaproponował, że ocena będzie sumą dwóch rzutów podzieloną na dwa. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że uczelnia, której studenci na to poszli może zostać uznana za najlepszą. I nie, taki układ wcale nie oznacza, że tyle samo osób dostanie 3,5 i 5.

Kursy polegające na mierzeniu suwmiarką metalowego trójkąta (sześćset razy) w celu sprawdzenia jak bardzo się mylimy w pomiarach, trzygodzinne patrzenie na piec albo wprowadzenie do Matlaba na piątym roku też trudno nazwać inaczej niż marnowaniem czasu.

Dobre chociaż to, że nikt z grupy nie wymyślił e-maila grupowego!

Dowiaduję się za to, że najlepszym sposobem na pisanie programu w czteroosobowej grupie jest przesyłanie go e-mailem. Użycie SVN-a to grzech. Oczywiście nikt nie uczy zarządzania, kierowania grupą i podobnych bzdur. W związku z tym podział pracy jest następujący: czterech programistów.

Wiem, że…

Oczywiście, przez te parę lat dowiaduję się o istnieniu takich rzeczy jak rachunek lambda, tunelowanie, najgorszy możliwy przypadek albo linia długa, ale to wiedza wystarczająca do stwierdzenia, że tak naprawdę nie mam o nich pojęcia. W każdym razie będę o tym pamiętał i doczytam, kiedy będę ich potrzebował. I to chyba najważniejsza rzecz poznana na studiach: świadomość własnej niewiedzy.

Kiedy chciałem studiować informatykę starsi znajomi odradzali mi to, sugerując automatykę albo elektronikę. Argumentem miały być szersze perspektywy. Wygląda na to, że mieli rację. Teraz nie wiem jeszcze więcej niż gdybym kończył informatykę!

Jasne, nie nauczyłem się programować tak jak studenci informatyki, a bazy danych to tylko jeden projekt na dziewiątym semestrze (WTF?), ale studia i tak w żadnym stopniu nie przygotowują do pracy, więc wszystkich tych technologii trzeba się uczyć na własną rękę.

Może myślisz o własnej firmie? Sprawdź jak założyć działalność gospodarczą krok po kroku

Czas jest względny

Uczę się za to, że można napisać program rozwiązujący problem optymalizacji przy użyciu simpleksów nawet jeśli znaczenie słowa simpleks poznaję tydzień po terminie oddania projektu.

Na marginesie porada dla przyszłych pokoleń: od razu bierzcie się za książki po angielsku. Istnieje duża szansa, że pisał je ktoś, dla kogo nie jest to język natywny, więc będzie używał prostych słów. Polskim naukowcom wydaje się natomiast, że jeśli napiszą coś w zbyt prosty sposób, to ludzie pomyślą, że to łatwizna, a oni nie zasłużyli na habilitację.

To logiczne. Przecież dwugodzinne wyprowadzanie wzoru na średnią ważoną brzmi tak mądrze…

Muszę tu dodać, że w napisaniu programu do simpleksów pomógł czas, który na uczelni płynie w dość specyficzny sposób. Prawdopodobnie ma to związek z wpływem dużego zagęszczenia wiedzy na czasoprzestrzeń.

Deadline? A co to?

Przekonaj się, że po studiach jest jeszcze zabawniej!

Tu, w przeciwieństwie do pracy, nie ma czegoś takiego jak deadline. Termin oddania jednego projektu przesunąłem z początku czerwca na połowę października. W tym czasie założenia projektowe zmieniły się jakieś cztery tysiące razy. Wyobrażacie sobie coś takiego w pracy?

Szefie, nie zrobiłem layoutu, bo musiałem pilnie wyjechać na wakacje. Mogę go oddać gdzieś tak w lipcu?. Jasne, trochę przesuniemy termin. Tylko wiesz co, zrób tekst Comic Sansem i na czerwono, bo tak właśnie wymyśliłem. Hmmm, a może jednak uczelnia ma coś wspólnego z życiem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *