Masowe zdobywanie linków pozycjonujących z precli i katalogów tylko wygląda korzystnie. W rzeczywistości zapłacisz kilkadziesiąt razy więcej.

TL;DR: nie opłaca się kupować linków z precli i katalogów, bo prawie wszystkie takie strony znikną w ciągu roku. Linki z mediów społecznościowych z Fabryki Wpisów zostają w sieci na zawsze.

Nie chcę tu dyskutować czy katalogi i precle są dobre, czy złe. Po prostu są i wiele firm pozycjonujących na jakimś etapie pozycjonowania z nich korzysta. Zresztą linki z katalogów i precli wyglądają bardzo korzystnie cenowo – 1-2 złote za wpis z trzema linkami to na pierwszy rzut oka niezła cena. Niestety niski koszt to tylko złudzenie, chociaż może ono trwać wiele miesięcy.

Płacisz raz, link istnieje cały czas. Czyżby?

Precle to publiczne blogi, na których każdy może dodać wpis i wstawić swój link pozycjonujący w artykule. Kiedy czasem doradzam znajomym przy tworzeniu umów lub ustalaniu warunków z firmami SEO, praktycznie zawsze pojawiają się linki z katalogów i precli. Ich niezgodność z wytycznymi Google nie jest dla mnie specjalnym problemem.

Problem leży gdzie indziej: jak długo te linki przetrwają? Możesz się zdziwić. Korzystając z usług firm pozycjonujących wielokrotnie miałem sytuacje, w których kupione linki były nieaktywne już w momencie przesłania comiesięcznego raportu.

Tu ważna uwaga: jeśli kupujesz linki pozycjonujące, możesz rozliczać się na dwa sposoby: 1. jednorazowo za dodanie linka „na zawsze” 2. stale płacąc za utrzymanie linka na stronie – kiedy przestaniesz płacić, link znika. W artykule mowa o linkach płatnych jednorazowo za dodanie do strony.

W dodatku nie były to żadne systemy rotacyjne, czasowe linki ani nic takiego – po prostu linki zdobywane były z publicznych stron, których właściciele nie przedłużali domen albo wstawiali na nie coś zupełnie innego. W przypadku najgorszych firm, takich linków, które zniknęły po mniej niż miesiącu było nawet 30-40%!

Szanse na to, że między publikacją linku a usunięciem strony, Google w ogóle na nią zajrzało są raczej niewielkie. To przecież nie Onet, żeby roboty Google’a musiały co pięć minut sprawdzać czy pojawiła się jakaś nowa treść.

Ile linków z precli i katalogów zostanie po roku czy dwóch?

Przejrzałem właśnie raport z linków zdobytych przez pewną wrocławską firmę w czerwcu 2012 roku. Aż 98% stron na których zdobyli wtedy linki stałe zwraca błąd 404, czyli strony już nie istnieją. Po dwóch latach zostało tylko 2% stron i patrząc po dość charakterystycznym skrypcie, wszystkie pozostałe linki pochodzą ze stron należących do firmy pozycjonującej. Jednocześnie nawet część stron należących do firmy SEO zniknęła, a żadna publiczna miejscówka na której wykupiłem wtedy linki „na zawsze” już nie istnieje.

Czyli zapłaciłem firmie pozycjonujących 200 złotych za każde 100 linków dodanych „na zawsze”, a po dwóch latach zostały tylko dwa. Realna cena jednego linka wyniosła więc równą stówę! Dodam, że firma chwaliła się tylko bezpiecznymi działaniami. Strach pomyśleć, co z tymi działającymi agresywnie…

Oczywiście dla firmy SEO taki interes jest całkiem niezły: linki znikają, więc trzeba ciągle zdobywać nowe, za co należy im się wynagrodzenie. Jeśli skończysz zdobywać takie linki, ich liczba szybko spadnie. W naturalny sposób. Dla porównania, w tej samej cenie, czyli 100 złotych, można było kupić całkiem niezłej jakości artykuł zamieszczony w jakimś serwisie dziennikarstwa obywatelskiego, który nie padnie za miesiąc.

Jeszcze gorzej jest z linkami zdobytymi przez automaty z publicznymi linkami: ani jeden ze 110.000 (stu dziesięciu tysięcy) odnośników zdobytych w 2012 roku nie istnieje, a z linków zdobytych rok temu istnieje tylko 1,5%.

U mnie przynajmniej takie linki nie stanowiły najważniejszego elementu strategii, były tylko jej uzupełnieniem. Strach pomyśleć co się dzieje na stronach osób, które opierały się tylko na preclowaniu i katalogowaniu, bo tanio.

Jak to wygląda u Ciebie? Zajrzyj do raportu twojej firmy pozycjonującej sprzed roku i policz ile linków istnieje.

Precle i katalogi kompletnie się nie opłacały

Kupowanie linków z kiepskiej jakości precli i katalogów było krańcowo nieopłacalne, a będzie jeszcze gorzej – Google będzie brało się za banowanie kolejnych katalogów, ich właściciele nie będą mieli interesu w przedłużaniu domen, a linki znikną.

Linki z precli i katalogów tylko wydają się tanie – płacisz za kilkadziesiąt linków, ale zostaje tylko jeden.

Jak temu zapobiec? Jedną opcję już przedstawiłem i jest to publikowanie artykułów w serwisach dziennikarstwa obywatelskiego – OK, koszt pojedynczego artykułu to co najmniej kilkadziesiąt złotych lub równowartość w poświęconych kilku godzinach pracy na utrzymanie konta i pisanie artykułu, ale przynajmniej tekst zostanie na długo i nie musisz martwić się o domenę. Trzeba tylko sprawić, żeby tekst zaindeksował się w Google.

Co zamiast precli i katalogów?

Druga opcja, którą polecam co najmniej wypróbować, a być może na stałe włączyć do swojej strategii, to wykorzystanie mojego systemu Fabryka Wpisów, który służy do zdobywania linków z kontrolowanych przeze mnie kont w serwisach społecznościowych. Działa to na tej zasadzie, że dodaję wpisy z linkiem do twojej strony na blogach na Blogspocie i Tumblrze, na Twitterze, na Pintereście i w innych serwisach społecznościowych.

Takie zróżnicowane linki wyglądają o niebo bardziej naturalnie niż tysiąc identycznych linków z katalogów postawionych na jednym skrypcie. Jeśli zdobywamy link z Pinteresta, to jest to link obrazkowy na koncie, które co parę dni coś publikuje, a link z Blogspota jest w treści wpisu na blogu tematycznym. Odpada też ryzyko nieprzedłużenia domeny, bo po prostu nie musimy tego robić – domeny przedłużają Facebook, Twitter czy Google ;).

W dodatku nie mam żadnego interesu w usuwaniu blogów, bo ich utrzymanie już nic nas mnie kosztuje (kosztem jest tylko zakładanie kolejnych kont i publikacja wpisów). W związku z tym wpisy zostają na zawsze, nawet jeśli przestaniesz płacić. To uczciwe, bo skoro przestałeś płacić, to po co miałbym za darmo wykonywać dodatkową pracę i usuwać linki? Zostawiając je na zawsze nie muszę robić absolutnie nic.

Bonus: jak powstawała Fabryka Wpisów?

Co z banami? Proces powstawania Fabryki Wpisów wyjaśni dlaczego temat banów w ogóle nie dotyczy systemu.

Po pierwsze, wybraliśmy serwisy, które nie banują kont za działania SEO. Tumblr zbiera kasę od inwestorów, a Facebook wszedł na giełdę, więc każde kolejne konto jest dla nich możliwością pochwalenia się wzrostem liczby użytkowników.

Ponadto, zakładając konta, używaliśmy wielu e-maili do rejestracji, łączyliśmy się z różnych adresów IP przez proxy a nawet kupiliśmy kilkaset kart SIM, żeby w razie potrzeby aktywować konta SMS-em z unikalnego numeru telefonu.

Następnie przeprowadziliśmy crash-test i na niektóre blogi wysłaliśmy w krótkim czasie po kilka tysięcy wpisów. Co prawda na te strony z masą wpisów nie wysyłamy wpisów pozycjonujących naszych klientów, ale skoro strony przetrwały crash-test, to równie dobrze przetrwają strony na których publikujemy coś co dzień lub dwa.

I właśnie taki jest efekt. Od udostępnienia Fabryki Wpisów, czyli od jesieni 2013 roku, ani jedna ze stron nie została zbanowana. 100% stron żyje, a z każdym dniem wzrasta zaufanie do nich.

Naprawdę zachęcam do skorzystania z takiego systemu jeśli potrzebujesz źródła zróżnicowanych, naturalnie wyglądających linków. To po prostu działa i jest w założeniach pozbawione podstawowej wady precli i katalogów: w Fabryce Wpisów po dodaniu linka do strony nie ma już żadnych kosztów po mojej stronie, więc strony mogą sobie działać tyle, ile będzie działał Blogspot czy Twitter.

Oczywiście taki system możesz też zbudować i utrzymywać samodzielnie, tylko obawiam się, że Fabryka Wpisów wyjdzie znacznie taniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *