W zasadzie przez przypadek znajduję ogłoszenie o pracę idealnie dopasowane do moich zainteresowań. Pasuje mi ono na tyle, że piszę CV i idę na rozmowę o pracę.

Cała akcja ma miejsce w czerwcu 2012 roku. Ogłoszenie o pracę jest zakamuflowanym spółka akcyjna z branży finansowej potrzebuje tysięcy własnych stron internetowych, a ja mam sposób na ich stworzenie. Teraz wystarczy tylko dostać się do firmy i pogadać z kimś kompetentym.

Na początek agencja rekrutacyjna, gdzie spodziewam się jakiejś dwudziestoletniej studentki Rekrutacji i Turystyki, która nie będzie rozumiała słowa z tego, co powiem. Tymczasem wita mnie gość koło 50-tki, który co prawda rozumie co do niego mówię, ale ma totalnie inne niż ja pojęcie o stosunku klient-wykonawca.

Gdy freelancer spotyka etatowca

Gada i gada o swoich wątpliwościach co do tego czy będę dobrym pracownikiem etatowym, pyta czy mam zamiar korzystać z jakichś programów do zarządzania stronami (nie, będę robił parę tysięcy stron ręcznie ;) ). Jeszcze tylko moje oczekiwania finansowe. Jakoś zapomina zanotować, że mogę wystawić FV (za to zapisuje stawkę brutto wynagrodzenia) i już, dziękujemy.

Oh wait… Czy to nie miała być rozmowa? Rozmowa.

rozmowa «wzajemna wymiana myśli za pomocą słów»

Chwila, panie haerowiec! Przecież teraz czas na moje pytania. Po chwili wiem dlaczego chciał się tak szybko zmyć. Po prostu nie wie nic o stanowisku na które szuka pracownika.

No bo jak można nie potrafić odpowiedzieć na pytania typu iloma osobami będę zarządzać („no… chyba jakieś osoby są”), w jakim zakresie w grę wchodzi praca zdalna, ile godzin dziennie miałbym pracować na miejscu, albo „jaki jest przewidziany czas trwania projektu”, na co uparcie odpowiada, że to praca stała. Nie bardzo rozumiem, bo głównym obowiązkiem jest wyraźne stworzenie czegośtam. Mam to tworzyć przez wieczność? Nie rozumiem idei, ale po paru próbach odpuszczam.

Dzień dobry, panie prezesie

Rekrutacja miała mieć 4 etapy, ale kolejnego dnia zapraszają mnie prosto do prezesa spółki szukającej pracownika. Razem z prezesem przychodzi marketingowiec. W końcu konkretni ludzie wiedzący jaki cel chcą osiągnąć i którym nie za bardzo przeszkadza faktura.

Jasne, pojawiają się wątpliwości. Głównym problemem jest to, że mogę się znudzić pracą w ich firmie. Ale to raczej nie grozi nikomu, bo o podobnym projekcie myślę od jakichś 2-3 lat i w końcu mógłbym go zrealizować. Za to niespodziewanie duże wrażenie na obydwu panach robi pisanie do prasy branżowej. Gdybym wiedział, dodałbym jeszce kilka tytułów do CV ;). Mówię Ci, napisz do jakiejś branżowej gazety, a od razu dostaniesz +10 punktów do poziomu eksperckości. Tu wyjaśniłem jak to zrobić.

Drugim problemem jest to, że prezes trochę za bardzo stresuje się w czasie rozmowy. Zawsze myślałem, że to kandydat do pracy powinien się stresować, ale z drugiej strony to dość oczywiste, że jest odwrotnie. Można czuć się niezbyt komfortowo szukając osoby, która ma bądź co bądź zrobić trochę magii. Przecież nikt do końca nie wie dlaczego przesunięcie reklamy o 6 pikseli w lewo może podnieć jej klikalność kilkukrotnie albo dlaczego strona nagle pojawia się wyżej w wynikach wyszukiwania. A przecież takie rzeczy to normalka na niszowych stanowiskach związanych z marketingiem.

Masz tu dane, coś sobie z nimi zrób

W każdym razie po małym przedstawieniu panowie wiedzą już, że ten freelancing to nic strasznego. Wystarczy rozmawiać jak z firmą outsourcingową a nie z panem Mieciem z recepcji. Praca zdalna jak najbardziej im odpowiada (byle nie cały czas), dotychczasowa współpraca z wieloma firmami też. W zasadzie nie widzą problemów i dostaję zadanie do zrobienia.

Mam przygotować analizę konkurencji, plan działań i kosztorys. Zajmuje mi to prawie trzy dni, a efektem jest 11-stronna strategia, dwa arkusze kalkulacyjne i kosztorys na poziomie 60.000 rocznie (+moja wypłata). W zasadzie to dziwię się, że nie kazali mi podpisać żadnej umowy o poufności, zwłaszcza, że dostałem szczegółowe dane o statystykach stron, przychodach z jednej osoby i najważniejszych kanałach sprzedaży (jak zwykle informacja jest niedoceniana i nawet nie chce mi się zastanawiać ile dałby za nie konkurent), ale po informacjach z tego artykułu i tak nikt nie dojdzie co to za firma.

Dlaczego nie dostałem zlecenia? Nie z powodu freelancera, który zaraz ucieknie gdzie indziej. Nie dlatego, że skoro pracuję dla wielu firm, to zaraz wypaplam firmowe tajemnice. Nie dlatego, że chyba pierwsze o co zapytałem to czy naprawdę będę musiał siedzieć 8h w biurze.

Po prostu okazało się, że szacunkowe podwojenie przychodów za jakieś 200.000 rocznie to dla spółki za duży wydatek…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *