Tekst przeniesiony z like-a-geek.jogger.pl.

E-voting czyli mówiąc po polsku wspomaganie elektroniczne głosowania było tematem wykładu prowadzonego w zeszły piątek przez prof. Balcerowicza (tak, tego;) i prof. Kutyłowskiego z „pepetu” na Politechnice Wrocławskiej. Podczas gdy były premier skupił się raczej na socjologicznych aspektach, dla których Polacy nie głosują (nie chce im się), profesor Kutyłowski poruszył temat znacznie ciekawszy: stworzenie skutecznego systemu głosowania wsponaganego elektronicznie, w którym nikt nikomu nie ufa.

E-voting, jak większość pomysłów kryptologów zakłada paranoiczny wręcz brak zaufania – nie dość, że nie ufamy sprzętowi, warstwie transportującej głosy (Poczta Polska;) to w dodatku zakładamy, że wyborca może sprzedać swój głos, a potem rozłoży swoją kartę kryptograficzną na części. Paranoja? W świecie kryptografów nie taka znowu wielka… E-voting powinien zapewnić zarówno bezpieczeństwo wyborców (głosowanie tajne, niemożność zmiany i usunięcia głosu przez innych ale również możliwość udokumentowania oddania głosu) oraz bezpieczeństwo głosowania (producent kart nie może być jedynym właścicielem informacji, komisje nie mogą zmienić wyników). W dodatku próba ewentualnego oszustwa powinna być łatwa do wykrycia.

Oczywiście, Polacy nie są pierwszymi, którzy chcieliby mieć taki system. Okazuje się jednak, że w zależności od kraju pojawiają się różne oczekiwania i problemy – w krajach takich jak Indie i Brazylia głównym założeniem jest zapewnienie wyborców, że ich głos nie zostanie podrobiony (a spróbujcie wytłumaczyć ideę klucza publicznego osobie nie potrafiącej pisać ), w Holandii system głosowania został zhackowany a w Polsce problemem może być akcja „schowaj babci myszkę”. Tu prof. Balcerowicz wtrącił, że e-voting nie przekona dużej ilości osób, ale będzie to grupa, która zagłosuje mądrze.

Parę mądrych głów (m.in. prowadzący wykład) myślało nad skonstruowaniem systemu, który na pierwszy rzut oka ma sprzeczne założenia (tajność głosu i możliwość udowodnienia, że się głosowało) i trzeba przyznać, że wymyślili już całkiem sporo – są nawet gotowe sposoby głosowania. Nie będę dokładnie omawiał całego wykładu (prof. Kutyłowski wydaje się sympatycznym człowiekiem i pewnie można wpaść do niego na konsultacje;), wspomnę tylko o rozwiązaniach problemów, które najbardziej mnie zaciekawiły.

  • Wspomniana akcja „schowaj babci dowód” – czyli zmuszanie do oddania głosu, głosowanie za kogoś. Problem pojawił się u właścicieli ziemskich w Brazylii i rozwiązano go prosto – po zagłosowaniu nie można udowodnić na kogo się zagłosowało. A co z sytuacją, kiedy wnuczek powie: „to da babcia swoją kartę, a ja zagłosuję jak ojciec dyrektor kazał”? System ma być tak łatwy, żeby każdy mógł zrozumieć dlaczego jest bezpieczny – w to osobiście wątpię.
  • Producent urządzeń do głosowania zaszył w nich funkcję, która w 5% przypadków wybiera UPR (w końcu sukces;). Niestety nic to nie da, bo nazwiska na karcie ułożone są losowo, a komputer ma dostęp tylko do części z „krzyżykami”. Sprytne.
  • Utrata głosu po drodze – odpowiedź o przyjęciu głosu otrzymujemy natychmiastowo, nie tak jak teraz np. w Niemczech, gdzie 20% osób głosuje listownie. W Polsce chyba by to nie przeszło…
  • Nieuczciwość komisji – głosy (zarówno pojedyncze jak całe grupy z komisji) szyfrowane są (asymetrycznie) dwa razy.

Mnie te i kilka innych argumentów przekonało, że e-voting jest nie tylko bezpieczniejszym ale i wygodniejszym systemem niż stosowany obecnie. Prof. Balcerowicz wspomniał, że w tej chwili oszukać jest łatwo i nie ma za to praktycznie żadnych kar. Przy e-votingu nie byłoby tak różowo, ponieważ zakładaliśmy łatwą możliwość pokazania oszustwa (nie ufamy nikomu!). Dodam jeszcze, że były premier na żywo nie jest taki drętwy jak w TV i wykład poprowadził z wyraźną przyjemnością. Co ciekawe, na sali wcale nie było tłumów, zostało całkiem sporo miejsc siedzących.

Autor artykułu: Marcin Kosedowski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *