Jeden dzień pracy

Tekst przeniesiony z like-a-geek.jogger.pl.

dream more work less

Wiecie już jak wygląda praca dziennikarza w ogólności. Nie mam tak fajnie jak administratorzy, ale mój dzień pracy nie jest zły.

Marcin Kosedowski, foto wageslaves (CC)

28.07.2009, wtorek, rano. Pracowałem już w poniedziałek, więc wymyśliłem sobie dwa dni wolnego. Miałem sam siedzieć w domu, pomyśleć nad nowym szablonem bloga (nie zdążę) i skoczyć na zakupy. Zamiast tego pojawił się kolejny dzień pracy.

Zamówienia, terminy

O 11:32 przychodzi e-mail z zamówieniem na artykuł na teraz. Tytuł roboczy: 15 pojęć, które powinien znać szanujący się użytkownik Wykopu. Stwierdzam, że temat jest fajny, a w tym tygodniu planowałem pracować tylko 2 dni, więc mogę się za niego zabrać. W końcu nikt mi nie płaci za godziny przybijania pieczątek, tylko za to co zrobię. To uczciwe, nie uważacie?

Dziennikarstwo jest jednym z wielu zawodów, pozwalających na pracę w domu. Zobacz koniecznie jak jeszcze może wyglądać praca przez Internet!

Mimo że pisanie zajmie mi maksymalnie kilka godzin podaję termin na kolejny dzień. Jest ciepło, więc szanse na to, że nie będzie chciało mi się pisać rosną. Włączam Writera, zapisuję pusty plik i zaczynam przeglądanie blogów i newsów. Żaden nic nie ma nic wspólnego z tematem artykułu;). W końcu RSS-y nie przeczytają się same, prawda?

Początek pracy

Część z was pewnie zauważyła, że w miniblogu pojawia się moja prośba o pomoc. Wrzucam ją też na Wykop, gdzie po trzech sekundach zostaje przysypana pięcioma milionami innych znalezisk.

Zaczynam szukać materiałów. W międzyczasie pojawiają się dodatkowe instrukcje o tym, że mam uwzględnić wasze opinie, że ma pojawić się ramka itd. Nie przejmuję się tym specjalnie, bo przecież i tak nie miałem zamiaru zaczynać pisania od razu. Materiały są ważniejsze.

Pora na przerwę. Kilka felietonów Clarksona (tego z Top Gear) na tarasie to jest to. No przyznać się, kto z was ma w pracy balkon na którym może się przez godzinę poopalać?

Po przerwie: obiad

Wracam do pracy. Coś już wiem, robię wstępną listę zagadnień, które powinienem opisać. Wychodzi mi 19 zamiast 15 – coś trzeba będzie wywalić. Trudne obliczenia wskazują, że żeby zmieścić się w limicie (10 000 znaków) na każdy punkt będę miał maksymalnie 6 linijek. To stanowczo za mało. Zaczynam opisywać to, co znaleźć się musi i jednocześnie czekam na wasze opinie.

Po trzech punktach stwierdzam, że jestem głodny. Szybki przegląd lodówki mówi, że dziś na obiad zrobię dewolaje. Jedzenie i kolejna porcja Clarksona zajmują mi dwie godziny, po których warto by wrócić do pracy. Jak zwykle wykonanie 80% tekstu zajmuje mi 20% czasu. Godzina intensywnego stukania w klawiaturę skutkuje tym, że odechciewa mi się pracy. Jest ciepło i w ogóle… No nic, idę na zaplanowane zakupy.

Znowu te rozpraszacze

Wracam z nowym monitorem. Ubuntu jak zwykle działa od razu po podłączeniu kabli. Spodziewałem się, że będę potrzebował nowych sterowników, żeby obsłużyć te 2048 na ileśtam pikseli, ale nie. Bawię się chwilę obrotowym ekranem (mój blog wygląda zdecydowanie lepiej w pionie – polecam sprawdzić), zastanawiam się jak powiększyć obraz w FullHD, żeby usunąć te brzydkie czarne ramki na brzegach itd. Cieszę się, że podałem taki odległy termin oddania tekstu, bo wybór tapety nie jest prostym zadaniem. Ubuntu dostaje minusa, bo domyślna była ładna, ale za mała.

Koniec dygresji. Chciałem jeszcze wrócić do pracy wieczorem, ale jakoś nie mam natchnienia do pisania. Robię kilka zrzutów ekranu do artykułu i czytam co się dziś działo. Jeszcze tylko szybki wypad ze znajomą na drinki w okolicznym kawiarnio-barze i wracam do domu.

29.07, rano, trochę po 9:00

Ze zdziwieniem stwierdzam, że wczoraj zrobiłem całkiem dużo – zostały mi tylko dwa punkty do opisania, dodanie podpisów pod zdjęciami, wymyślenie lidu i tytułu. Taka ciekawostka: o ile tytuł czasem jest narzucony i powstaje na początku, to lid piszę zawsze na samym końcu. Skąd mam wiedzieć przed pisaniem o czym będzie tekst?;) O 10:23 artykuł leci do redakcji.

Tak w skrócie wygląda mój dzień pracy jeśli mam dużo wolnego czasu. Niestety wiele zależy tu od inwencji. Zdarza się, że siądę i piszę tekst w 2 godziny. Innym razem (wczoraj) wszystko przeciąga się na cały dzień. Ale to chyba problem wszystkich osób pracujących w domu, które coś tworzą, prawda?

Mimo wszystko nie zamieniłbym dziennikarzenia z domu na pracę w fabryce od 8 do 16. A wy co sądzicie o takim dniu pracy?

skomentuj