Piraci mieli rację

Tekst przeniesiony z like-a-geek.jogger.pl.

Przed świętami wybrałem się na poszukiwanie prezentu dla dziewięcioletniego dziecka. Prezentem miała być gra komputerowa (na PC). Jako że rzadko kiedy włączam gry bardziej zaawansowane niż poker albo ubuntowe Kulki i w gruncie rzeczy mało mnie obchodził ten segment rynku lekko się zdziwiłem. Powody były dwa: cena i przedziały wiekowe. O ile wprowadzenie wyraźnych oznaczeń uważam za doskonały pomysł, który pozostawię bez komentarza, to kwestia ceny i legalności oprogramowania wydaje się ciekawsza.

Kiedy jeszcze byłem niczego nieświadomym użytkownikiem komputera gry zdobywało się w jeden sposób – pożyczało się dyskietki (później płyty) od znajomych. Jasne, były zabezpieczenia – np. w czasie uruchamiania programu trzeba było podać 3 kod z drugiej kolumny dołączonej do gry kartki… ale ksero już mieliśmy;). W każdym razie 150 zł za grę było dla typowego dzieciaka kwotą z kosmosu. Oczywiście piractwo kwitło, zwłaszcza po wymyśleniu domowych nagrywarek CD – można było mieć całą płytę z grami (nie jedną grą!) za 1/3 ceny nowości.

Czemu tak… tanio?

Wszyscy wokół uważali, że gry są stanowczo za drogie – znałem nawet sklep, w którym po osiemnastej sprzedawali kopie gier wyjętych z pudełka. Uważali tak wszyscy, z wyjątkiem dystrybutorów. Ci przez cały czas twierdzili, że gry muszą być drogie, bo za dużo osób ma nielegalne kopie i i tak tracą na sprzedaży. Zaklęty krąg – piracimy, bo nie stać nas na grę za 2 stówki, oni nie obniżą ceny – bo piracimy.

Po jakimś czasie pojawiły się tanie starsze gry, ale wtedy mało mnie to obchodziło, więc przyjmowałem, że są to prawdziwe starocie, które można kupić co najwyżej z sentymentu. Wracając do mojej wizyty w empiku, przekonałem się w jakim błędzie żyłem. Stare gry okazały się dobrze znanymi tytułami, ale z numerkiem o 2-3 wyższym. GTA, Settlers, Heroes… tylko Duke Nukem 4 nigdzie nie znalazłem;). Tak myślę, że gdyby te 5-10 lat temu panowała taka sama sytuacja o piractwie można by zapomnieć.

I kto miał rację?

Rzeczony dziewięciolatek w końcu i tak dostał Pana Błyska, ale regularnie kupuje sobie gry – zwykle te tańsze, ale nie zawsze. Windows, do niedawna kopiowany na lewo i prawo jest już chyba wszędzie legalny. Dlaczego? Z prostych powodów – laptop z Linuksem i Windowsem kosztuje praktycznie tyle samo, a swoje robią też programy współpracy z uczelniami (dla niewtajemniczonych – studenci dostają za darmo Windowsa, Visuala czy CAD-a, a producenci liczą na to, że przyzwyczają się do niego i kupią wersję komercyjną). Rację mieli więc piraci, twierdząc, że gdyby gry potaniały ludzie zaczęliby je kupować. Mówię wam, jeszcze parę lat i pirackie gry znikną.

Nie wiem, czy za bardzo się nie zapędzam, ale mam wrażenie, że podobnie będzie wyglądać sprawa na rynku muzycznym. Wiadomo, że bardzo duża grupa osób ściąga utwory z sieci zamiast grzecznie iść do sklepu i wydać 4-5 dyszek na płytę. Mój ulubiony zespół Heyi ulubiona wokalistka, Kasia Nosowska wydali łącznie, jeśli dobrze liczę, 17 albumów. Mimo że za ich koncerty zapłaciłem więcej niż kosztują wszystkie wydane krążki to chętnie kupiłbym ładnie wydaną serię starych płyt w cenie powiedzmy 10 zł za sztukę. Nierealne? Pamiętajcie, że sprzedawcy gier mówili to samo – nie obniżymy ceny, bo kopiujecie na lewo i prawo. Tymczasem za 30 zł widzimy cztery części Settlersów. Na jednym DVD. Czyżby w czasach iTunesów, lastów i innych kanałów sprzedaży via Internet rynek muzyczny czekało takie samo przekształcenie co segment gier? Kto wie?

PS. Czytałem gdzieś, że 15% utworów ściąganych z sieci pochodzi z legalnych źródeł. Kto by pomyślał…

Autor artykułu: Marcin Kosedowski.