Tekst przeniesiony z like-a-geek.jogger.pl.

taką mam minę jak widzę kolejnego DRM-a

Co zrobić, jeśli piraci nie chcą oglądać reklam przed filmem? Wprowadzić jeszcze więcej DRM-ów. Czekam aż pojawią się w tramwajach.

, foto: Helga Weber

Nie wiem, kim jest Peter Serafinowicz. Według Wikipedii to angielski aktor, więc prawdopodobnie jest tajwańskim skrzypkiem. W każdym razie Peter pisze, że zdarza mu się kraść filmy, nawet te w których sam występuje [tu tłumaczenie podesłane przez Kasię]. Absolutnie go popieram!

W czterech scenach wytłumaczę dlaczego.

Scena pierwsza: Matrix

Przez całe życie kupiłem jeden film na DVD, mojego ukochanego Matriksa. Nie kupię już żadnego więcej.

No bo tak. Szukam spodni (5 minut). Idę do sklepu po płytę (15 minut). Szukam sprzedawcy, który w ustawionym w losowy sposób sklepie pokaże mi odpowiednia półkę (5 minut). Biorę płytę. Staję w kolejce do kasy (10 minut). Płacę. Trwa to tak długo, że w banku wyskakuje connection timeout. Wracam do domu (15 minut). Czytam Patrzę na ostrzeżenia o czymśtam. Oglądam reklamę. Znowu patrzę na jakiś napis.

Oglądam zwiastun filmu, którego nie chciałem widzieć nawet 8 lat temu, kiedy miał premierę. Oglądam reklamę telewizora, na której pokazują jak ładnie wyświetla żółty. Oglądam to na monitorze, który wyświetla żółty w normalny sposób, więc nie widzę różnicy (5 minut). Włącza się film.

Wcale nie, to tylko intro. Przechodzę do menu. Wybieram scenę pierwszą. Czekam na coś i znowu patrzę na jakiś napis. Zaczyna się. O nie, ktoś włączył domyślnie wersję z lektorem!
Wracam do menu. Znowu oglądam intro przed menu. Wybieram język angielski. Trzeci raz oglądam intro. Jeszcze ostatnie patrzenie na jakieś literki i w końcu włączam film (2 minuty). Razem to prawie godzina.

A to wersja dla piratów. Ściągam z torrentów plik o nazwie The Matrix [DVDRip][1999][Eng] (20 minut). W tym czasie oglądam nowe zwiastuny filmów z robotami na YouTube. Włączam film.

Tak, chyba wybiorę tę drugą opcję. To trochę prostsze.

Zresztą i tak nie mam wyboru. Aktualnie nie mam żadnego urządzenia, które potrafi odtwarzać DVD. Nie mogę więc legalnie obejrzeć filmu, za który już zapłaciłem!

Scena druga: po co mi ta płyta?

Ja cały czas czekam, aż producenci muzyki pójdą w ślady gości od gier. Myślisz, że to możliwe?

Wcale nie musiałoby mi to przeszkadzać. Kupiłem niedawno płytę Tesco Value. Oczywiście słyszałem ją już wiele razy. Szczególnie fajnie słuchało się jej dzień po koncercie, na którym byłem jakieś pół metra od sceny. Akurat była promocja, więc uznałem, że mogę dać 15 zł za świetną płytkę.

Wracam do domu, puszczam Tesco Value i zajmuję się rozpakowaniem pudełka. Oglądam książeczkę, wchodzę na podane w niej strony, w trakcie słuchania oglądam obrazki ilustrujące teksty i zastanawiam się co robią nicki różnych osób obok tekstów. W połowie albumu zdaję sobie sprawę, że przecież nie mam gdzie odtworzyć płyty CD. Równie dobrze mogłem kupić pusty kartonik. Dlaczego zespół nie powie kup naszą książeczkę i ściągnij sobie utwory z naszej strony?

Oczekuję tylko jednego: kiedy będę chciał puścić płytę wnukowi, do mojego konta będzie przyporządkowany album w obowiązującym w 2036 roku formacie. Coś czuję, że żaden wydawca mi tego nie zagwarantuje, skoro dalej sprzedają zupełnie nieprzydatne płyty CD.

Scena trzecia: offline

Niedziela, okolice 22:00. Wracam tramwajem do domu. Na przystanku na którym wsiadam nie ma automatów z biletami, nie działa też żaden sklep. Idę do motorniczego po bilet: Nie sprzedaję, kup pan w automacie. Jasne, chętnie z niego skorzystam! Miasto zafundowało nam nowe, montowane w tramwajach biletomaty. Mogę pomacać ich dotykowy ekran (czekam, aż ktoś nazwie je smartfonami) i zapłacić kartą (to z kolei funkcjonalność). Niestety tylko w teorii.

W praktyce, kiedy po przejechaniu trzech przystanków przebrnąłem przez menu, wyskoczył błąd. Przy drugiej karcie i czwartym przystanku było to samo.

To i tak postęp w stosunku do poprzedniej przejażdżki, kiedy miałem dostęp tylko do pulpitu obsługującego biletomat systemu. Wcześniej w ogóle nie działał.

Naprawdę chcę kupić ten cholerny bilet, ale miasto mi to utrudnia. W efekcie robię przelew. Po dwóch dniach otrzymuję zwrot.

biletomat

Sorry za jakość. Trzęsło troszkę.

Scena czwarta: teraz ja

Szukałem sposobu na wydanie e-booka. Oznacza to, że powinienem zacząć czcić DRM-y i różne wymyślne formaty, które zapewnią mi 100% ochronę przed piratami. Pozwolą tylko na otwarcie książki na sześciu urządzeniach, a w przyszłości może nawet i czytanie tylko we wtorek po czternastej, co zlikwiduje problem piractwa. Przynajmniej wydawca tak twierdzi i przesyła mi na próbę jakiegoś e-booka. Nowoczesna technologia, panie! – chwali. Jest tak tajna, że musiałem obiecać, że nie podam żadnej nazwy.

Żeby otworzyć e-booka muszę wejść na stronę Adobe, ściągnąć jakąś śmieciową aplikację i ją zainstalować. Dobrze, że nie każą mi płacić za program do czytania płatnych książek. Po pięciu minutach, kiedy Adobe stwierdza, że przydałaby mi się aktualizacja oprogramowania, wywalam tę aplikację.

Wersja z RapidShare i tak jej nie potrzebuje. 100% zabezpieczenie? Jasne.

Na koniec wnioski

A może da się zrezygnować z jednego pośrednika? Zobacz z którego!

Drodzy wydawcy, pozwólcie, że Wam coś wyjaśnię. Ja naprawdę mogę zapłacić nawet za zupełnie niematerialną muzykę. Nie musicie mi za to dawać plastikowego krążka. Wystarczy prawo do słuchania utworów zawsze i tam gdzie chcę. Nie karzcie mnie za to, że kupiłem legalną wersję. Czy to nie dziwne, że osoby, które ściągnęły piracką kopię dostają lepszą wersję niż ja?

No i najważniejsze: przetransformujcie wasz system tak, żeby moje pieniądze szybko znalazły się w waszej kieszeni. W takiej kwocie, której za bardzo nie odczuję.

Niestety, nikt się do tego nie zabiera.

Właśnie z tego powodu możesz ukraść ten tekst klikając w link pod wstępem. Poważnie. Skoro masz już ściągać, to ściągaj ode mnie, nie od piratów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *