Tekst przeniesiony z like-a-geek.jogger.pl.

nurse

Do lekarza można rejestrować się e-mailem! Oczywiście tylko prywatnie. Publiczna służba zdrowia tkwi w erze eposów przekazywanych ustnie.

Marcin Kosedowski, foto bass_nroll (CC)

Ktoś wymyślił sobie, że wspinaczka w czasie w którym lekko pada śnieg to sport ekstremalny, więc potrzebuję superdrogiego ubezpieczenia i badań lekarskich, które stwierdzą, że przez wadę wzroku nie urwie mi się lina.

W związku z tym musiałem, pierwszy raz od paru lat, udać się do lekarza. Oczywiście publiczna służba zdrowia nie wchodzi w grę, bo badania potrzebuję na teraz, a nie na październik. 2046 roku. Na szczęście dostałem maila do lekarza, który miał mi podpisać co tam pani z ubezpieczenia chce. Rejestracja do lekarza przez e-mail. W Polsce. Nieźle, co?

Odnoszę wrażenie, że przespałem całą erę w informatyzacji polskiej służby zdrowia, ale szybko wytrącają mnie mnie z błędu. Pan lekarz może co prawda wystawić kwitek, ale muszę mieć do tego prześwietlenie, a on nie ma takiego sprzętu.

No nic, trzeba skorzystać z normalnej przychodni. Tam nie ma ani rejestracji e-mailem, ani telefonicznej. Nie ma nawet numerków – po prostu pani za szybką mówi niech przyjdzie w piątek o 12.

Aha, czyli lekarz działający na własna rękę odkrył już Internet, a po przyjściu na państwową posadkę dalej tkwi w erze eposów i rejestracji przekazywanej ustnie. Przez chwilę chcę zasugerować im gliniane tabliczki, ale to byłby chyba zbyt duży szok cywilizacyjny.

W piątek dostaję księgę questów do wypełnienia: niech da sakiewkę złotych monet, później idzie na trzecie piętro i zrobi badania wzroku, wejdzie do bla bla bla bla bla i na szczycie wieży zdobędzie kwitek dający +10 do unikania wypadków. Oczywiście po trzeciej instrukcji zasypiam i i tak nie wiem co mam robić.

Pierwszą przeszkodą są trzy sprzątaczki, którym płacą za to, żeby cały dzień jeździły windą. Wciśnięcie się do niej razem z wózkiem z wiadrami kwitowane jest wzrokiem, którego nie powstydziłby się bazyliszek. Wybieram schody.

Przez parę następnych godzin lekarze robią mi badania, które mógłby wykonać mój dziesięcioletni brat. Niech stanie na jednej nodze przez 15 sekund, Niech zrobi 20 przysiadów i zmierzy sobie obwód klatki piersiowej nuuuudy. Dowiaduję się, że nie widzę w trójwymiarze. Nic dziwnego, bo nie dostałem okularów 3D do oglądania obrazków wyrwanych z tygodnika o dinozaurach…

W gabinecie, w którym całkiem fajna brunetka kazała mi się rozebrać, po czym przygotowała wyglądające intrygująco kajdanki, słyszę tylko płacił czy z funduszu?. Po informacji, że płaciłem magicznie pojawia się pan i, co ważniejsze, uśmiech. O, to super, posmaruję pana takim żelem, więc badania będą wiarygodne. Nie mam nic przeciwko…

Pytam, co się dzieje bez żelu. Hmm, no cóż… badania raczej nie wyjdą, bo elektrody będą spadać. To sprytne. NFZ robi za składkowe pieniądze badania, które i tak nie dadzą dobrych wyników. W takim razie dlaczego nie dać kartek dzieciom z pobliskiego przedszkola, żeby narysowały na nich szlaczki? To tańsze niż kupowanie tej całej maszynerii.

Z drugiej strony te maszyny dają poprawne wyniki osobom, które dodatkowo płacą za badania. Czy mam rozumieć, że cała reszta, która płaci podatki, a nie stać ich na prywatne leczenie, opłaca sprzęt dla leczących się za kasę? Czy tylko mi coś tu nie gra?

skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *