Tekst przeniesiony z like-a-geek.jogger.pl.

hand eyes girl

Mam lewe konto na Facebooku. Wymyślona postać niedługo będzie miała więcej znajomych niż ja.

Marcin Kosedowski, foto: Phil Dragash (CC)

Z powodów pracowych, ale nie ukrywam, że też z własnej ciekawości, zakładam na Facebooku konto całkowicie zmyślonej osoby. Wymyślam w miarę autentycznie brzmiące imię i nazwisko. Wstawiam jakąś stockową fotkę.

Może to wszystko dlatego, że studia służą do zdobywania znajomych? Bo czego jeszcze można się nauczyć?

Jako uczelnię wpisuję Uniwerek Warszawski i z zaproponowanej listy absolwentów z tego samego roku wybieram 10 losowych osób. Po tym jak trzy z nich potwierdzają, że mnie znają szukam kolejnych kontaktów wśród ich znajomych. Po wysłaniu ok. dwudziestu zaproszeń pan Zuckerberg stwierdza, że jestem prawdziwą osobą i nie muszę już przepisywać słów z obrazka (wczesniej twierdził, że muszę mu podać telefon aby pozbyć się tego zabezpieczenia). To znacznie przyśpiesza akcję. Nie liczę dokładnie, ale wysyłam łącznie ok. 50 zaproszeń.

Jako że faktycznie na studiach mógł być ktoś taki, a na zdjęciu mało widać, idę dalej. Szukam warszawiaków o takim samym nazwisku i wysyłam im zaproszenia. To dziesięć osób. Oczywiście – tak jak wcześniej – nie wpisuję powodu dla którego ktoś miałby mnie dodać do znajomych. Szczerze mówiąc, to nie liczę nawet, że ktoś na to pójdzie.

Oczywiście się mylę. Po 24 godzinach mam już 32 znajomych. Troje z nich wysłało zaproszenia do mnie. Twierdzą, że znają zmyśloną postać! Tylko trzy osoby pytają skąd się znamy. Dwie ignoruję. Trzeciej – noszącej to samo nazwisko co moja fikcyjna postać – odpisuję, że jednak się nie znamy, a ja pomyliłem ją z kimś z rodziny. Mimo to dodaje mnie do znajomych! WTF?

Wysyłam 50 kolejnych zaproszeń. Kiedy po kilku dniach ponownie odwiedzam profil, mam już ponad 71 znajomych i niezliczoną liczbę zaproszeń do lansiarskich grup dotyczących warszawskich klubów i wydarzeń. Nikt już nie pyta skąd się znamy.

Powiem krótko: masakra. Wcale nie chodzi mi o osoby, które zbierają po kilka tysięcy znajomych. Idzie o to, z jaką łatwością ludzie ujawniają swoje dane. Dużej części z nich udało się znaleźć ustawienia prywatności. Ukryły swoje zdjęcia i e-maile, a niektórzy nawet listy znajomych.

Co ciekawe, ważne dane zdradzamy sami. Zobacz jak!

Skrupulatnie zaznaczyli czego nie mogą zobaczyć przypadkowi internauci i które zdjęcia nie powinny być dostępne dla kilkuset milionów użytkowników Facebooka. Po czym dodają do znajomych przypadkową osobę i pokazują jej wszystkie te informacje. Gdzie tu logika?

Chyba wolę już, żeby wszystko – a kiedy piszę wszystko, to mam na myśli absolutnie wszystko – było w 100% dostępne publicznie. U góry każdej strony, na której znalazł się przycisk Wyślij powinien znaleźć się wielki, migający napis I caan seeee youuu zilustrowany sugestywnym okiem. Może wtedy ludzie zaczęliby się zastanawiać, czy na pewno chcą opublikować swój telefon i zdjęcia z imprezy.

Może nawet skończyłby się ten durny mit o anonimowości w Internecie. Jej nie ma. Nawet Obama, chyba najbardziej chroniona osoba na świecie, zapytał po co mu szyfrujące telefony i tajne rozmowy, skoro i tak każda wiadomość po 10 minutach będzie w CNN-ie.

Zapewne trafi tam prosto z Twittera jakiegoś urzędnika, który myślał, że pisze tylko do kolegi zza biurka naprzeciwko.

skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *